Dedykowany Panu Michałowi, z wdzięcznością za usługi aprowizacyjne.
– Chłopaki!!! – wrzasnął hrabia Filip, unosząc wzrok znad laptopa. – Udało
się! Przynajmniej na razie! Zawiesili ratyfikację ACTA!
– Szampana, panie Stasiu – zarządził święty Edgar. – Ale tylko po dwie
lampki na głowę, bo musimy zachować gotowość bojową. I Colę dla dzieciaczków
proszę podać.
– Gratulacje, Elżuniu! – Ian i Richard z obu stron ucałowali policzki
niebiańskiej kopii Lisbeth Salander.
– Ale na wszelki wypadek trzeba dalej rregularrrnie strraszyć – zauważył
komtur Ulf.
– Pewnie. Przyleci komtur w
straszliwej postawie/ jak potępieniec ognisty... I spali nie was, lecz wasze okowy – zgodził się
Edzio, ignorując prawa autorskie pana Mickiewicza.
– A w przerwach będziemy zaglądać do tego znajomego pani Asi, tego pana
Michałka, co tak się ładnie rozwinął dzięki temu, że go pani Asia nosiła na
rękach – dodał Richard.
– Fakt, doskonale się rozwinął. I spiżarnię ma świetnie zaopatrzoną –
potwierdził Ian. – Bardzo mi te bułeczki smakowały. Jak one się nazywają?
– Szneki z glancem – podsunął komtur.
– Ten glanc był najlepszy... – Richard uśmiechnął się nieco lubieżnie. – Da
się takie upiec na Tłusty Czwartek, panie Stasiu?
– Ja jestem z Przemyśla, nie, za przeproszeniem, z Pyrlandii – obruszył się
pan Stasio. – A od glancu to był pan Bazilek. Jak on panu porucznikowi oficerki
wyglancował, to bez okularów przeciwsłonecznych spojrzeć się na nie nie dało.
Oj, smutno bez pana Bazilka...
– Pan też nieźle gotuje, a pan Michał jak się postara, to Bazilowi dorówna –
pocieszył pana Stasia Ian.
– Eee tam... Niech ksiądz przeczyta, jak dalej z panem Bazilkiem było, bo w
weekend to jeden Szef wie, co się jeszcze może zdarzyć. Polecicie straszyć do
Brukseli czy Szef wie gdzie, a ja się będę zastanawiał, kto te dzieciaki
mordował i wrzucał do Sekwany. Ratyfikacje to sobie panowie zawieszajcie, nawet
z glancem, ale kryminałów proszę nie zawieszać – powiedział zdecydowanie pan
Staszek.
Święty Edgar nie miał wyboru...
***
Przez dwa dni bolała mnie szyja i cały czułem się jak połamany, ale
trzeciego dnia ból znacznie osłabł. Gdyby nie myśli o mordercy, to byłoby mi
tak dobrze, jak pod skrzydłami Anioła. Leżałem sobie w cieple i popijałem
aromatyczne rosołki. Nawet rosół z gołąbka dostałem, z drobno posiekanym
delikatnym mięskiem. Zupełnie, jakbym był prawdziwym księciem przed rewolucją, jak
wiadomy panicz Gabriel.
Czwartego dnia czułem się prawie zupełnie normalnie, tylko trochę słabo, i
szyję jeszcze miałem spuchniętą. Zadeklarowałem chęć powrotu do pracy, ale
szefowa nie pozwoliła.
– Do końca tygodnia zostaniesz w łóżku, potrzebne mi, żebyś się po kuchni
zataczał i tłukł naczynia, i żeby ci się na dodatek co gorszego przyplątało – powiedziała. – Przyjdzie tu po południu
pomocnik pana Marceau z apteki, puści ci krew, to szybciej przyjdziesz do
siebie.
Zimno mi się zrobiło.
– Ale nie trzeba, pani szefowo, ja już właściwie jestem zdrowy –
tłumaczyłem. – Po co taki wydatek?
– On to zrobi za darmo. Panu Marceau sam zaproponował, że go do ciebie
przyśle. Mówi, że przykro patrzeć, jak sama talerze roznoszę. No i racja.
– Ale ja już jestem zdrowy – powtórzyłem błagalnie.
– Cicho bądź, mądrzejszy od aptekarza się znalazł. Boisz się? Jak cię
trzepnę warząchwią, to cię bardziej zaboli, niż to ukłucie lancetem –
oświadczyła pani Konstancja tonem nie znoszącym sprzeciwu i wyszła.
Bałem się, bardzo się bałem. Głupi jesteś, Bazil, przekonywałem sam siebie.
Za dużo myślałeś o tym mordercy i o fryzjerze z Londynu. Przecież cię pomocnik
aptekarza nie zarżnie w łóżku na oczach pani Konstancji. A restauracja też
będzie pełna ludzi. Nikt cię tu na kawałki nie pokroi.
Pomocnik aptekarza był młody i uśmiechnięty. Ukłucia w ramię prawie nie
poczułem. Krew skapywała do miski, a pan Vincent, bo tak miał na imię, trochę
ze mną żartował. Potem spytał, jakie choroby przechodziłem, zajrzał mi do gardła,
obmacał szyję i wydał taki sam werdykt, jak szefowa: do końca tygodnia mam
zostać w łóżku. Zapędzlował rankę przezroczystym płynem, od którego tylko
troszkę zapiekła, przewiązał mi ramię i tyle.
– I widzisz, Bazil – podsumowała pani Konstancja. – A taką miałeś minę,
jakby ci kto miał gardło poderżnąć. Wstyd, taki duży chłopak.
Leniuchowałem przez resztę tygodnia w luksusie godnym już chyba nie
księcia, ale jakiegoś zagranicznego cesarza czy sułtana. Nic mnie nie bolało,
wysypiałem się do woli i byłem karmiony pysznościami. Niestety, miałem za dużo
czasu na myślenie, a moje myśli wcale nie były wesołe.
Wiedziałem już, co wspólnego mieli ze sobą Marc, Remi i Victor. I biedny
niedorozwinięty Edek. Ale to przecież mógł być zwykły zbieg okoliczności. Nie mogłem
się doczekać rozmowy z komisarzem Duprennes.
Przyjemnie było wrócić do pracy. Bardzo się starałem robić wszystko jak
najlepiej i jak najszybciej, żeby szef i szefowa nie wzięli mnie za
niewdzięcznika. Kiedy zaczęło się wydawanie obiadów, biegałem z talerzami i
szklankami, jakby mnie londyński fryzjer gonił.
– A, Bazil znów na nogach – powiedział pan Marceau, kiedy stawiałem przed
nim wino i karafkę z wodą. – Jak się czujesz?
– Doskonale, proszę pana. Bardzo panu dziękuję za leczenie. Co podać? Mamy
świeżutkiego karpia w galarecie. Z zup jest krem z selerów, zupa
neapolitańska...
– Zaraz, zaraz, nie pali się – pan Marceau poprawił binokle i dokładnie mi
się przyjrzał. – Pytałem, jak się czujesz. Nie masz zawrotów głowy, nudności,
dreszczy?
– Nie, proszę pana, jestem zdrowiuteńki. Jeszcze raz panu dziękuję. To czym
mogę panu służyć? Bardzo polecam tego karpia na przystawkę. A na drugie...
Przyjąłem zamówienie. Biegnąc do kuchni i zbierając po drodze brudne
naczynia rozglądałem się wśród gości. Komisarza Dupreness nie było. I już
najprawdopodobniej nigdy nie miało go być.
– Przyszedł na obiad tego dnia, kiedy się rozchorowałeś – powiadomił mnie szef.
– Nawet o ciebie pytał. A następnego dnia przyszli po niego. Zatańczy sobie
biedak z wdową. I tak długo go zostawili w spokoju. Co za czasy, co za czasy...
Wreszcie pozwolili mi wyjść z domu. Nie cieszyłem się z tego tak bardzo,
jak należałoby się spodziewać, bo oprócz zwykłych sprawunków polecono mi pójść
do apteki po miksturę na duszności dla pana Claudet. Od rana źle się czuł.
Kręciłem się dłuższą chwilę w okolicy apteki. Kiedy do drzwi podeszły dwie
starsze panie, wszedłem za nimi.
Panie pogrążyły się w dyskusji na temat asortymentu ziołowych herbatek, a
ja korzystając z tego wyjaśniłem panu Vincentowi, o co mi chodzi.
– Trzeba poczekać na szefa – powiedział. – Wróci za... – wyjął z kieszeni
mały, elegancki zegarek – za pół godziny.
– To... ja później przyjdę – wyjąkałem i wybiegłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz