piątek, 24 kwietnia 2015

O kryteriach, o Syberii oraz o owocach

– Dziwna sprawa – rzekł z namysłem Ian, wpatrując się w oliwkę na dnie kieliszka.

– Pewnie, że dziwne, Ianeczku, że to dla ciebie dopiero druga oliwka tego wieczoru – zgodził się Richard. – Zwykle o tej porze patrzysz na piątą.
Ian niewerbalnie wyraził dezaprobatę, po czym wrócił do tematu:

– Dziwne jest to, że jak się spojrzy na statystykę bloga pani Asi, to od trzech tygodni najwięcej odsłon ma w Rosji.
– Co też pan mówi, panie Janeczku – zgorszył się właściciel tawerny. – Komu by się chciało panią Asię odsłaniać? Nawet i w Rosji? W kwestii słoni, to do tej pory na Syberii mamuty się zdarzają, szwagier zapewniał, bo tam od lat mieszka, ale jak mamuta odsłonić, to on i ciekawszy, i w zasadzie nawet ładn...

Tu Richard jako wierny rycerz pani Asi niewerbalnie wyraził dezaprobatę.


– Richie, nie czas na konfederacje. Sprawa jest rzeczywiście poważna – święty Edgar wszedł do tawerny, zatrzymując się na chwilę w sieni, by powiesić na kołku szkarłatny płaszcz męczennika. – Nie wpadajmy w panikę. Na razie popatrzmy na wyniki statystyczne. Na statystykę słów i fraz w blogu pani Asi.

Aslak usiadł przy komputerze.
– Proszę księdza – wyjąkał nieśmiało po kilku minutach – wygląda na to, że Pani Ogórek zostanie prezydentem.








środa, 15 kwietnia 2015

O Nocnych Wilkach i kościele świętego Jacka w Słupsku

– Ulf, czy mógłbym cię o coś poprosić?– spytał bardzo nieśmiało Aslak.

– Aslak, łamiesz zasady stylistyczne. Twoja replika to: "Ulf, Ulf, proszę cię, Ulf" – zauważył Richard.

– Właśnie! Za to panią Asię do nagrody nominowali. Za najlepszą książkę Europy środkowej – dołączył entuzjastycznie Edzio de Saint Pierre. 

– Ale tej nagrody nie dostała...

– Przez was, bo wy się niechlujnie wyrażacie. Co drugie słowo "kuropatwa nieopierzona", albo nawet "przepiórka pstrokata"!

– Nieprawda, bo to przez was, przez ten wasz dżender!

– A właśnie nie, bo w Słupsku ksiądz Jan pana Biedronia pobłogosławił, i to na ludzkich oczach, na stadionie! A ksiądz Jan jest prałatem, to wie, co robi!

– I przez to słupski klub sportowy "Czarni" mecz przegrał! Przez ten dżender! W siatkówce!

– „Czarni” przegrali, ale pan Biedroń wybory wygrał, właśnie dzięki dżenderowi! Bo w Słupsku tak lubią!  Tam nawet eutanazję lubią! Taki stary szpital teraz remontują, bo jest blisko cmentarza, żeby wygodniej było!

– Gra półsłówek:  domki w Słupsku... – biskup Roland (nieco spóźniony) zasiadł przy stole. Jak zwykle uroczo się uśmiechnął i zamówił Krwawą Mary.


 –  Ale my mieliśmy dyskutować o  Nocnych Wilkach – przypomniał sobie Aslak. – Bo oni jakoby coś wspólnego mają z... z tą nowelą pani Asi. Coś tam o wilku było i o dżenderze.

– Eeee – odezwali się wspólnie i solidarnie bywalcy niebiańskiej tawerny, uprzedzając archanioła i anielski oddział antyterrorystyczny.

Tu jest nowelka o wilku i dżenderze:

http://gay.pl/m/articles/view/BIA%C5%81Y_WILK_


Witraż z jednorożcem, rozdział 21: Zesłanie Ducha Świętego


Dzieciaki podrosły. Sporo ich się narobiło. Szóstka. Ian i Yvette nie próżnowali. Pięciu chłopaków i dziewczynka. Mała ma na imię oczywiście Elizabeth. Bracia ją rozpieszczają, ale jeszcze jej się w głowie nie przewróciło.

Wdzięczny jestem Ianowi, że żadnemu z synów nie dał na imię Richard. To dość pospolite imię i nie przeszkadza mi, jeżeli je czasem słyszę idąc przez rynek, zwłaszcza że wymawiane jest z francuskim akcentem. Ale nie chciałbym być zmuszony do zwracania się tym imieniem do kogoś bliskiego.

– Czasem to Iana nie rozumiem – powiedziała do mnie Yvette na chrzcinach piątego chłopca, Hieronima. W wersji angielskiej: Jerome. – On tak często wspomina waszego wspólnego przyjaciela. Wszystkim chłopcom dał imiona postaci z jego witraży: Hubert, George, Antoine, teraz Jerome. No i oczywiście Edgar. Nie mam nic przeciwko temu, bo to ładne imiona i dobrzy patroni, ale dlaczego ani jednego chłopca nie ochrzcić po zmarłym przyjacielu? Bardzo mi się to imię podoba. I Richard też jest na witrażu. A Ian tylko nie i nie.

– Nasz Richie był szczególny, Yvette – powiedziałem. – To był taki rzadki fenomen jak jednorożec. My obaj nie przeboleliśmy jego odejścia, chociaż już tyle lat minęło. Czasem z nim rozmawiamy w myślach. Nie chcielibyśmy używać jego imienia mówiąc do kogoś innego.

Wszystkie dzieci Iana i Yvette są udane, ale najstarszy, mój imiennik, to mój ulubieniec. Od kilku lat prawie nie daje się wyrzucić ani z lazaretu, ani z laboratorium. Mówię do niego Eddie. Przypomina mi tego kasztanowatego islandzkiego źrebaczka, ale na szczęście nie jest kulawy. Odkąd pamiętam, był taką przylepą jak tamten konik. Gdy tylko się we Frontignan pojawiłem, od razu właził mi na kolana. Ian i Yvette udawali, że są o mnie zazdrośni. A Camille dodawała coś od siebie, kiedy dzieci nie słyszały. Coś tam o augustiańskich bądź filistyńskich rozpustnikach i żonach ich przyjaciół, co to – te żony – w młodości biegały po zamtuzach. Yvette udawała, że się oburza. Bo Eddie jest rudy. Taki postawny, jak Ian, ale kolor włosów ma taki jak mój. Pewnie po jakichś skandynawskich przodkach Sleighstone’ów. Ma duży talent do języków i alchemii. Niech się chłopak uczy, ale z decyzją o ewentualnym wstąpieniu do klasztoru niech jeszcze poczeka rok czy dwa. Ma dopiero piętnaście lat.

Ja się wybieram do Richarda. Mam raka trzustki w końcowym stadium, gruczoły chłonne też już są zaatakowane. Camille i inni zawsze komentowali, że jestem taki chudy. Teraz to dopiero jest na co popatrzeć! Nadaję się na witraż z tańcem śmierci. Dobrze, że się znam na anestezji. Od tygodnia nie wychodzę już z mojej celi. Nie mam siły.

Eddie skacze wokół mnie, jak może. To mnie zaczyna męczyć. On się za bardzo przejmuje moim stanem. Próbuje mnie pocieszać. Co rano mi wmawia, że lepiej wyglądam. Przykro mi tego słuchać. Już ze dwa tygodnie nie był we Frontignan.

Za dwa dni Zielone Świątki. To piękna pora w roku i doskonała pora na śmierć. Zesłanie Ducha Świętego.

Właśnie przyszedł Eddie. Przyniósł z ogrodu kilka wczesnych róż. Spytał, czy czegoś nie potrzebuję.
– Nie, dziecko – odrzekłem. – Chociaż... właściwie tak. Nie gniewaj się, ale potrzebuję trochę samotności i skupienia. Muszę napisać parę listów, uporządkować parę spraw. Zrobić rachunek sumienia, wyspowiadać się przed świętami. Jedź do Frontignan. Twoi rodzice pewno już źli są na mnie, że cię tu przy sobie trzymam. W wigilię Zielonych Świąt rodzina powinna być w komplecie. Twój ojciec i stryj Richard zawsze jeździli na Zielone Świątki do Sleighstone. Raz pojechałem z nimi. To były dla mnie pierwsze w życiu rodzinne święta. Jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z młodości. Podtrzymaj tradycję, Eddie, i jedź do domu. Przyjedziecie przecież wszyscy w niedzielę na sumę i zajrzycie do mnie.
– W zeszłym roku w wigilię Zielonych Świat byłeś u nas – powiedział smutno. – Będzie nam ciebie strasznie brakowało, stryjku.
– Będziemy o sobie myśleć. No, idź już, syneczku, ruszaj w drogę. Uściskaj wszystkich we Frontignan ode mnie, Camille też. Przyjedziecie w pierwsze święto.

Ociągał się.
– Stryjku – zaczął – ja już nie chcę dłużej czekać z rozpoczęciem nowicjatu. Za kilka miesięcy skończę szesnaście lat. To przecież nie za wcześnie. Jestem pewien, że klasztor to jedyne właściwe miejsce dla mnie. Proszę cię, porozmawiaj z przeorem. A w niedzielę z ojcem. Bardzo cię proszę.
– Cóż, Eddie, skoro naprawdę jesteś przekonany...
– Jestem, stryjku. Całą duszą. A dziś w nocy miałem taki szczególny sen. Przyśnił mi się stryj Richard. Wiedziałem, że to on, bo wyglądał tak, jak na witrażu. Powiedział, żebym dziś z tobą porozmawiał o rozpoczęciu nowicjatu. I dodał tak, dokładnie tak: „Przekaż Edgarowi, że proszę, aby cię pobłogosławił tak jak mnie na statku.” To był tylko sen, ale dziwny, prawda? O jaki statek mogło chodzić?
– To nie był zwyczajny sen. Richard rozmawiał ze mną o swoim powołaniu zakonnym, kiedy w młodości płynęliśmy z Norwegii na Islandię. Najpierw mu odradzałem, ale w końcu go pobłogosławiłem. Na pokładzie statku. Zrobił później witraż z tą sceną. Skoro Richard o to prosi, to już nie mam wątpliwości. Życzę ci szczęścia, Eddie.

Ukląkł przy moim łóżku, a ja zrobiłem krzyż nad jego głową. Delikatnie mnie uściskał na pożegnanie. Najwyraźniej bał się, że niechcący połamie mi kości. Taki był duży i silny.
– Opowiedz ojcu o tym śnie – powiedziałem. – I idź już, bo nie dojedziesz przed wieczorem. Poproś ojca Cezariusza, żeby do mnie przyszedł. Do zobaczenia, Eddie.

Cezariusz bardzo się duchowo rozwinął od czasów epizodu z rumiankiem. Był teraz przeorem i pod każdym względem rozsądnym gościem. W młodości niewiele miałem z nim do czynienia, ale po powrocie do Montpellier szybko znalazłem z nim wspólny język. Spowiadałem się u niego. Teraz też to zrobiłem. Poprosiłem go o ostatnie namaszczenie. Widziałem, z jakim przerażeniem patrzy na moje pozbawione ciała ręce.

– Tak mi cię potwornie żal, Edgar – powiedział, kiedy część sakramentalną mieliśmy za sobą. – To naprawdę ironia losu: tylu ludzi w życiu wyleczyłeś, a sobie nie możesz pomóc.
Contra vim mortis non est medicamen in hortis[1] – odparłem. – Są schorzenia, na które nawet rumianek nie pomoże. Nie martw się o mnie.
– Ty mi ten rumianek nawet na łożu śmierci będziesz wypominał – burknął i natychmiast się stropił. – Przepraszam, głupstwa gadam.
– Właśnie, że nie – odpowiedziałem. – Nie ma co się oszukiwać. Zaplanuj pogrzeb na wtorek po świętach.
– Edgar... – zaczął, ale mu przerwałem.
– Kto tu jest lekarzem, Cezar? Wiem, co mówię.

Widziałem, że mu się łzy zakręciły w oczach. Ale opanował się i zapytał, co może dla mnie zrobić.
– Zostawię na stole kilka listów – powiedziałem. – Do Anglii i do Bolonii. Dopilnuj, żeby zostały wysłane. Ianowi dasz to – wskazałem na niedużą książkę w safianowej oprawie. – Muszę tu jeszcze coś dopisać. Moje naukowe notatki i wyposażenie alchemiczne niech przejmie młody Sleighstone. On chce zaraz po świętach rozpocząć u nas nowicjat. Polecam ci go całym sercem. Będzie dobrym augustianinem. Będzie nowy brat Edgar w lazarecie, nawet też rudy.
– To bystry i wartościowy chłopak – zgodził się. – Ale czy jego ojciec nie będzie przeciwny? Zawsze to pierworodny syn.
– Nie będzie – zapewniłem. – Ian od dłuższego czasu spodziewał się, że Eddie obierze właśnie taką drogę. Zaopiekuj się tym chłopcem.
– Na pewno. Nie martw się.
– Chciałbym, żeby jutro rano ktoś u mnie odprawił mszę – poprosiłem. – Ty masz pewnie za dużo roboty, a poza tym może przykro byłoby ci na mnie patrzeć. Przyślij któregoś z młodszych chłopaków. To będzie ostatnia msza i ostatnia komunia w moim życiu.
– Rzeczywiście chyba przyślę któregoś z młodych – powiedział. – Ja bym nie dał rady. Poryczałbym się przy ołtarzu.
– Potem chcę napisać ostatnie listy i mieć spokój – kontynuowałem. – Niech mi tu przyniosą po mszy trochę wody i wina. A później niech nikt do mnie nie wchodzi. Dopiero w niedzielę rano może ktoś tu zajrzeć. Zadbaj o to, proszę cię.
– Ależ, Edgar – zaprotestował – nie powinieneś być sam. Naprawdę nie chcesz, żebym przy tobie posiedział? Albo ktoś inny? Może posłać po Iana Sleighstone’a?
– Nie – odpowiedziałem. – Chcę być sam. Byłeś przez tyle lat dobrym kumplem, Cezar, więc bądź kumplem do końca. To moja ostatnia prośba do ciebie. Nie odmawia się umierającemu. Pożegnajmy się teraz. Chciałbym wziąć coś przeciwbólowego i na sen.

Trochę się popłakał.
– Przyłóż sobie na oczy kompres z rumianku – poradziłem mu na odchodne.

W sobotni ranek mszę odprawił miły młody chłopak świeżo po święceniach. Był wyraźnie poruszony sytuacją. Pewnie pierwszy raz miał do czynienia z umierającym. Niech się uczy, pomyślałem.

Podziękowałem mu. Przyniósł mi wodę i wino.

Napisałem parę krótkich listów pożegnalnych. Do Teodora w Bolonii. Przed powrotem do Montpellier zostawiłem mu receptę na antidotum na Czarci Pazur. Dość regularnie przez późniejsze lata korespondowaliśmy. Do Haralda i jeszcze paru osób w Yorku. Do ojczyma też. Poprosiłem, aby pozdrowił matkę. Oboje mimo późnego wieku byli w dobrym zdrowiu. Suffolk w sumie nie był złym człowiekiem. Rozczarowałem go w kwestiach kariery, a mimo to odszukał mnie i regularnie przesyłał mi pieniądze. Kiedy listownie odmówiłem ich przyjmowania, przesyłał je na ręce przeora. To najwyraźniej był jego sposób rekompensowania mnie za chłód uczuciowy. Cóż, wcale się nie dziwię, że nie miał do mnie serca.

Zmęczyło mnie pisanie. Położyłem się i popijałem wino. Małymi łykami, bo trochę mnie mdliło. Ale to tak jak przy chorobie morskiej Richarda, myślałem. Przy drugim kubku pójdzie lepiej.

Richard pojawił się koło południa.
– Nareszcie przyszedłeś – powiedziałem. – Już się nie mogłem doczekać.

Tym razem nie był półprzezroczysty jak postać z witraża. Zdawał się zupełnie materialny. Usiadł na brzegu łóżka.
– Dzisiaj mogę zostać na dłużej. Wyprosiłem to sobie. Opowiem ci, jak to ze mną było. Jesteś i tak przygotowany na to, co wkrótce się stanie. To bardzo dobrze. Ale im więcej będziesz wiedział, tym lepiej. Zawsze są pewne indywidualne warianty, ale główne zasady są te same. To takie prawa natury, tylko na innym poziomie.

– Na początku byłem mocno zdezorientowany – ciągnął z uśmiechem. – No bo kładzie się człowiek spać zmęczony i zapłakany, zasypia jak kamień, a potem nagle budzi się i widzi, że zwisa na sznurze z belki pod dachem! Całe szczęście, że już wcześniej zdarzyło mi się wyjść z ciała, bo inaczej pewnie w ogóle bym się nie połapał, że umarłem. Zatem wiedziałem, że nie żyję, ale nie rozumiałem, jak to się stało. Przecież chyba nie mogłem powiesić się przez sen, medytowałem. To byłoby większe osiągnięcie niż Pedera z ballady o łani, tego, pamiętasz, co się zastrzelił z łuku. Jak wiesz, krzyczałem kiedyś przez sen, ale nigdy nie byłem lunatykiem. I wcale nie miałem zamiaru odbierać sobie życia. Było mi smutno, że wyjeżdżasz, ale przecież ustaliliśmy, że mamy żyć tak, żeby się później móc spotkać. No i taki miły dzień mieliśmy razem spędzić...
Potem znalazłem się w dwóch miejscach naraz, jak wtedy po Czarcim Pazurze – byłem jednocześnie i w szopie, i pod niebem. Zobaczyłem ciebie; spałeś na brzegu morza. A zaraz potem spostrzegłem Garricka. Jechał w stronę przystani. To mi wyjaśniło sprawę. Pewnie miał w tym udział, pomyślałem. Ale jak dokładnie mnie zabił, zrozumiałem dopiero później: kiedy mi rozgarnąłeś włosy na karku. Uspokoiłeś mnie trochę balladami i modlitwą. Później już nie mogłem nawiązać z tobą kontaktu... Długo nie mogłem.

Więc widzisz, Edgar, po śmierci dusza przez pewien czas zostaje w pobliżu ciała. Czasem aż do pogrzebu, czasem krócej. Czasem wystarczy, że ktoś się przy ciele pomodli, aby mogła spokojnie odejść.  Ale tobie przerwano modlitwę, a potem od razu wrzucono moje ciało do morza. Takie gwałtowne pozbycie się ciała stwarza negatywne zawirowania. Ty przynajmniej tego unikniesz.

Unosiłem się nad morzem i miałem przyjemne wrażenie lekkości, ale czułem się jednocześnie strasznie osamotniony. Morze i niebo to piękny widok, jednak nie wtedy, gdy człowiek jest zupełnie sam i nie wie, w którą stronę się zwrócić. Na ziemi minął tylko jeden dzień, ale mnie się wydawało, że to trwało o wiele dłużej. Czy ja już będę przez całą wieczność wisiał sam nad tym morzem? – myślałem. Płakać mi się chciało. Zacząłem się modlić. No i wtedy to dopiero się zaczęło dziać. To jest najgorszy etap. Przejście.

Z tym każdy musi sam sobie poradzić, a jak to wygląda, zależy od tego, czego człowiek najbardziej się boi. Ja znalazłem się w wąskim, skalistym wąwozie. Był zmierzch, a ze szczelin w skałach wypełzały olbrzymie żmije i inne potwory. Takie przerażające gady jak w moich koszmarach i jeszcze gorsze. Wiedziałem, że muszę się przez ten wąwóz przedostać, bo inaczej będę rzeczywiście przez wieczność zawieszony w próżni. Na szczęście poczułem, że mam przy boku miecz. Zastanawiałem się, czy będę go mógł użyć, bo przecież mówiłeś, że ciała astralne nie mogą się posługiwać przedmiotami fizycznymi. Ale miecz najwyraźniej też był astralny. Albo duchowy. Astral nie astral, pomyślałem, trzeba iść. Bałem się tak okropnie, jak jeszcze nigdy w najgorszym koszmarze. Zacząłem sobie torować drogę wsród tych potworów. Modliłem się na głos, żeby nie krzyczeć ze strachu. Nie wiem, jak długo to trwało – po śmierci czas jakoś inaczej płynie – ale powoli posuwałem się naprzód. I nagle mnie olśniło. Ty głupcze – powiedziałem do siebie – przecież nie żyjesz! Co ci te gady mogą zrobić? Dusza jest nieśmiertelna! I jak tylko to pomyślałem, to znalazłem się przy wyjściu z wąwozu. Gady kłębiły się za mna, wyraźnie nie mogły wyjść na światło. A ja stałem na pięknej łące pokrytej krokusami, jeszcze ładniejszej niż ta pod Yorkiem. Nie masz pojęcia, Edgar, jak tam było ślicznie. Łagodne wzgórza, łąki – jedne z krokusami, inne porośnięte wiosenną trawą. Pasła się tam moja bułanka, a źrebak skakał koło niej. A obok czekał na mnie twój ojciec.

Później spotkałem innych, moich rodziców, rodziców Iana, kilku chłopaków z Yorku... Ale twój ojciec wyszedł mi pierwszy na spotkanie, bo zginął w podobny sposób jak ja. Najlepiej mógł zrozumieć, co się ze mną działo.

 „Dobrze, że już jesteś, Richard. Szybko ci to poszło – powiedział – ale żal mi Edgara.” Wyciągnął przed siebie rękę i zobaczyliśmy ciebie na pokładzie statku. Mówiłeś do mnie. Zaśpiewałeś Hvem kan seile, „Któż potrafi żeglować”… Taki byłeś smutny, że serce mi się krajało. A potem obraz się rozwiał w powietrzu. „Gdybym mógł mu coś powiedzieć na pocieszenie...”, zacząłem. „Możesz – rzekł Olof. – Możesz do niego pójść, tylko na bardzo krótką chwilę. Masz prawo do pożegnania.”

Odwróciłem się i popędziłem w tę stronę, z której przyszedłem. Nieprzyjemnie będzie znowu w tę i wewtę się przeciskać między tymi gadami, myślałem, ale co tam. Już się nie boję. Ale za nic nie mogłem znaleźć wejścia do tego wąwozu. Biegałem, szukałem, a tu tylko kolejne łąki, krokusy w różnych kolorach, brzozy w zielonej mgiełce... Że też ze mnie taka oferma, myślałem. Zabłądziłem jak w lesie pod Kingsport. Debil, i to na wieczność.

Nagle znów pojawił się przy mnie Olof. „To nie tak, Richard – powiedział. – Tamtą drogą już nigdy nie będziesz musiał iść.” Znowu wyciągnął rękę i znów zobaczyliśmy ciebie. Płakałeś. „Zrób po prostu krok naprzód – powiedział Olof. – A za chwilę krok do tyłu. Poczujesz, kiedy będziesz musiał wrócić.” No i sam wiesz. Mogłem przyjść do ciebie na parę sekund. To, co ci powiedziałem, to nie były moje słowa. Opatrzność mi je podsunęła. Potem coś mnie pociągnęło do tyłu.

Twój ojciec uśmiechnął się do mnie. „Ależ z ciebie dzielny chłopak, Richard. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś z własnej woli próbował wrócić do czyśćca i przechodzić przez niego dodatkowe dwa razy. I to tylko po to, żeby powiedzieć kumplowi parę słów.”

„Edgar dla mnie był gotów pójść w dużo gorsze miejsce – odparłem. – On to jest dzielny. Twój syn to najodważniejszy gość, jakiego znam.”

– Nie chrzań, Richard – przerwałem mu.
– Wcale nie chrzanię. Ale à propos odwagi: czego ty się właściwie boisz? Nawet najodważniejszy człowiek miewa jakieś lęki i koszmary. Od nich zależy, przez co będziesz musiał przejść. Ty co prawda jesteś święty, ale…
– O Panie Przedwieczny – powiedziałem – przestań mnie denerwować, Richie, bo zacznę kląć, a nie mam ochoty drugi raz się spowiadać.
– Nawet święty – ciągnął z uporem – ma na koncie jakieś potknięcia, za które może dostatecznie nie odpokutował. Więc lepiej się przygotować. Bo podczas przejścia będziesz sam.

Zastanowiłem się.
– Najbardziej w życiu bałem się tego, że coś złego się stanie tobie albo Ianowi. O ciebie zawsze bardziej się bałem, bo taka właśnie była z ciebie oferma. Magnes na kłopoty, jakby powiedział przeor Marcin. Kiedy byliście z Ianem na łomotach, to umierałem ze strachu. Albo... ten sąd boży i wszystko potem. Zimno mi się robi, jak to sobie przypomnę.

– Z takich lęków czyśćca się nie zbuduje – zauważył Richard.

– Czekaj – przypomniałem sobie – to było już dawno, kiedy byłem nowicjuszem. Miałem przez pewien czas koszmary związane z nauką chodzenia. Szedłem po wąskiej kładce nad przepaścią i traciłem równowagę. To było paskudne uczucie.

– W takim razie może cię czeka taka kładka. Ale to pestka, Edgar. Patrz przed siebie, módl się i idź. Nie spadniesz. Pamiętaj, że dusza nie może się rozbić o skały. A po drugiej stronie będziemy na ciebie czekali z Olofem.

Uśmiechnąłem się. To była przyjemna perspektywa, mimo kładki.

Chciałem się jeszcze czegoś dowiedzieć.
– Richie – spytałem – jeżeli wiesz i jeżeli to nie tajemnica, to co się po śmierci dzieje z duszą kogoś takiego jak Garrick?
– Z Garrickiem była ciężka sprawa – powiedział. – On miał prawie na amen przechlapane. Jest inny rodzaj przejścia. Stamtąd nie da się wejść na naszą stronę. To takie... nieskończone przejście, pełne tego, czego człowiek się boi. I pełne płomieni. Garrick najbardziej bał się ognia, więc wesoło mu tam na pewno nie było. Istnieje tylko jedna możliwość ratunku, ale nie zawsze da się zastosować. Można – w pewnych wypadkach stamtąd wrócić na ziemię i mieć jeszcze jedną szansę. Garrick mimo wszystko miał szansę. Słabą, ale miał. Dzięki Ianowi. Widzisz, zdarzają się zabójstwa, które są dobrymi uczynkami. Ian uniemożliwił mu dalsze łajdactwa i do tego stopnia go przed śmiercią przestraszył, że on w ostatniej chwili pożałował swoich grzechów. Niewiele wart jest tego rodzaju żal, ale jednak daje, że tak powiem, szansę na szansę. A potem sporo zależało od Olofa i ode mnie. Kiedy jeszcze unosiłem się nad morzem, to nie umiałem Garrickowi do końca wybaczyć. Mnie samemu nie zrobił wielkiej krzywdy, tyle, że mi odebrał ten dzień, który sobie tak fajnie zaplanowaliśmy. To mu jeszcze mogłem darować. Ale nie mogłem mu wybaczyć, że sprawił taką przykrość tobie i Ianowi. Po drugiej stronie jednak człowiekowi łatwiej przychodzi przebaczanie. Zrobiło mi się drania żal. Olof też się za nim wstawił. Kiedy ofiary zabójstw proszą, żeby wybaczyć ich mordercy, zawsze bierze się to pod uwagę. Dobrze wiesz, kto taki prejudykat ustanowił. Więc Garrickowi pozwolono powtórnie się urodzić, a mnie wolno było wybrać mu rodziców. Jest już od pewnego czasu na ziemi i rozwija się tym razem we właściwym kierunku. To najstarszy syn Iana, twój imiennik.

– Wszelki duch – szepnąłem. – A ja go uczyłem alchemii...

– Nie bądź niemądry, Edgar. Znasz go od urodzenia. Przez ostatnie pięć lat więcej czasu spędzał z tobą niż z rodzicami. Zauważyłeś w nim jakieś złe skłonności?

– Nie – przyznałem. – Jest trochę za spontaniczny, ale to nic złego.

– Tym razem miał dobre warunki rozwoju i z nich skorzystał. Wyrósł pod najlepszym kierownictwem, jakie można sobie wyobrazić. Nauczył się od ciebie i Iana, i od matki i rodzeństwa mnóstwa rzeczy, o których w poprzednim życiu nie miał pojęcia. Takich piętnastu lat się nie da wymazać. A poprzednim razem, wiesz... – nie każdy umie sobie poradzić z nienormalnym dzieciństwem tak jak ty, Edgar. Jego ojciec był takim człowiekiem, któremu po śmierci nie można było dać szansy na powrót na ziemię. Dlatego żal mi było Marka Garricka. Będziemy czasem do niego, to znaczy do Eddiego, zaglądać. Nie będzie miał łatwego życia, sam wiesz, za jakie grzechy musi odpokutować, ale jestem pewien, że będzie dobrym zakonnikiem i dobrym lekarzem.

– Przynajmniej nie będzie benedyktynem – podsumowałem.

Richard roześmiał się.

– No właśnie. Uważam, żeśmy to bardzo rozsądnie z Olofem wymyślili. Masz fajnego ojca. Trochę śmieszne, że jest o parę lat ode mnie młodszy. Ale teraz powiedział, że się postarzy ze względu na twoje przyjście, bo nie wypada, żeby ojciec był o ponad dwadzieścia lat młodszy od syna. Tam można sobie wybierać wiek tak często i tak, jak się chce, wiesz? I nie ma żadnych ułomności.

– Skoro tak – powiedziałem – to poproś Olofa, żeby się tak bardzo przed moim przyjściem nie postarzał. Wystarczy, jak będzie miał jakieś sześć-siedem lat więcej niż teraz. Na początek chciałbym pobyć dzieciakiem.

– Będę cię woził przed sobą na siodle jak kiedyś Agnes – zaśmiał się. – Albo nie. Mam lepszy pomysł. Ja się też odmłodzę. Znowu będziemy rówieśnikami. Tylko biedny będzie Olof, jak nas obu będzie miał na głowie. Też spróbuje uciekać z nieba przez czyściec!

– Tak źle nie będzie. Są przecież twoi rodzice i ciocia Bessie. Ona ma wprawę po tych swoich trzech łobuzach. Ale i tak nas nie upilnują. Będziemy się im wszystkim wymykali na różne zwariowane eskapady.

– Jak to będzie fantastycznie, Edgar – westchnął Richard. – Dzieciństwo z tobą, a potem młodość też razem i bez żadnych łomotów. Nawet w niebie są różne stopnie szczęścia. Teraz będzie prawdziwy raj.

– Wiesz co – dodał – zostawię cię teraz na trochę samego. Musisz skończyć te zapiski, które Ian ma dostać. Napisz, że tu byłem, i że jeszcze przyjdę, bo inaczej Ian będzie się gryzł, że umarłeś w samotności. Dopisz zakończenie. Najlepiej zacznij zaraz, bo za parę godzin możesz już mieć z tym trudności. Przed wieczorem skończysz. Jakbym tu siedział, to bym cię rozpraszał moim gadaniem. Jeszcze się nagadamy.

– Myślisz, że mam napisać o Eddiem? Kim był w poprzednim życiu?

– Pewnie. Ian nie jest głupi. I nie zmieni do chłopaka stosunku. To ci gwarantuję. Kocha go całym sercem. Ian umie kochać. Ale chłopak nie powinien wiedzieć o poprzednim życiu. W każdym razie nie teraz. Ian to też zrozumie. Bierz się za pióro, Edgar. Zajrzę do ciebie o zmierzchu. Wypijesz sobie kubek wina z opium. Położę się koło ciebie. Mogę ci nawet coś zaśpiewać, wiesz? Teraz umiem. Mówiłem ci, że tam nie ma żadnych ułomności.

– Zaśpiewasz mi piosenkę o koniach – powiedziałem.

– Dobrze. Co tylko chcesz. A potem sobie razem zaśniemy.

– No to świetnie – uśmiechnąłem się do niego. – Chrzanię tę kładkę nad przepaścią, Richard. Na wszelki wypadek przejdę sobie po niej w myślach, jak skończę pisać. Ale i tak już się zupełnie niczego nie boję.

Tu kończą się zapiski ojca Edgara, szpitalnika z klasztoru augustianów w Montpellier.




[1] Przeciw sile śmierci nie ma lekarstwa w ogrodach (łac.)

wtorek, 14 kwietnia 2015

Witraż z jednorożcem, rozdział 20

– Wiem – przytaknąłem. Otarłem oczy.

– Od tej pory nie rozstawaliśmy się na dłużej niż na kilka dni, a i to bardzo rzadko – westchnął Ian. – Przez szesnaście lat. Aż do tego okropnego dnia w Kingsport. Czego on dla mnie nie robił. Kiedy zachorowałem na szkarlatynę, siedział przy mnie dniami i nocami. Strasznie ciężko tę chorobę przechodziłem. Wszyscy myśleli, że umrę. Ojciec Jakub postawił na mnie krzyżyk, dał mi ostatnie namaszczenie i zajmował się lżejszymi przypadkami, bo to był rodzaj epidemii i lazaret był pełen. Tylko Richard mnie nie odstępował, mimo wszystkich odrażających objawów. Sam wiesz. Wymioty, biegunka. Richard mnie mył, przebierał, wmuszał jakieś płyny kroplę po kropli. Byłem półprzytomny, ale pamiętam, jak mnie gładził po obolałej szyi.  „Tylko kropelkę – prosił – ja wiem, że cię gardło boli, ale postaraj się, przełknij.” Później się dowiedziałem, że ubłagał komendanta, żeby nie wysyłał do Sleighstone wiadomości o mojej chorobie i pozwolił mu się mną opiekować. Bo moja matka spodziewała się dziecka, i Richie o tym wiedział. Matka miałaby straszny dylemat: czy zająć się mną, czy myśleć o dziecku, które się ma urodzić. Dzięki Richardowi tego uniknęła i James urodził się zdrowy. Ale ja bym umarł, gdyby nie Richard. W gorączce wydawało mi się, że tonę w morzu. Kiedy było najgorzej, to zawsze słyszałem, jak Richard powtarza: „Nie utoniesz. Trzymam cię. Trzymam cię mocno.” Trzymałem się rozpaczliwie jego ręki. Kiedy oprzytomniałem, siedział przy mnie z tą swoją uszczęśliwioną miną, a prawą rękę miał jak po walce z rysiem: podrapaną, posiniaczoną, opuchnietą. Nie mogę się pogodzić z tym, że go nie ma. Połowy duszy mi brakuje, Edgar.
– Mnie też go potwornie brakuje, Ian – powiedziałem. – Ale on jest. Obaj go widzieliśmy. Pocieszam się, że teraz już nikt go nie może skrzywdzić.
– To niestety niewielka pociecha – westchnął Ian. Ni stąd, ni zowąd uśmiechnął się do siebie.
– Ależ ja go urządziłem po tej szkarlatynie. To à propos krzywdzenia. Kiedy mi minęła gorączka, byłem głodny jak wilk. Aojciec Jakub zarządził mi ścisłą dietę: cienki rosołek i sucharki. Więc Richard mnie podkarmiał ze swojego talerza. Jego też ojciec Jakub zatrzymał w lazarecie, bo ropiała mu ta pokaleczona przeze mnie ręka i dostał gorączki. Ja nawet nie miałem wyrzutów sumienia, że go tak objadam. Prawie nic mu nie zostawiałem. Człowiek się po takiej ciężkiej chorobie na pewien czas robi strasznym egoistą i uważa, że mu się wszystko należy.
– Typowy objaw rekonwalescencji – zgodziłem się.
– Ten poczciwy ojciec Jakub tylko się cieszył, że Richardowi tak się apetyt poprawił. „Zawsze dziobałeś jedzenie jak panienka – mówił – a teraz wszystko zmiatasz i prosisz o więcej. Bardzo dobrze. Jeszcze rośniesz. Jedz na zdrowie.” A wkrótce po tym, jak wróciliśmy do normalnego życia, trzeba było jechać na chrzciny do Sleighstone. Kiedy mama nas zobaczyła, to załamała ręce. „Słyszałam o tej zarazie w Yorku – powiedziała – ale mnie zapewniano, że obaj jesteście zdrowi. Widzę, że po to, żeby mnie nie niepokoić. Czy tobie naprawdę ojciec Jakub pozwolił wyjechać tak zaraz po chorobie, Richie?” „Ja przechodziłem szkarlatynę w dzieciństwie – tłumaczył Richard. – To Ian był chory, ale już dobrze się czuje.” „Ian wygląda kwitnąco – stwierdziła mama. – Wy coś kręcicie, chłopcy. Mnie się czasem wydaje, że przez to, że ciągle jesteście razem, zaczyna się wam mylić, co się któremu przytrafiło.” I oczywiście zabrała się za odkarmianie Richarda, a przy tym i ja korzystałem. Jak wtedy przyjemnie było w Sleighstone, Edgar. A teraz tak tam pusto i ponuro. Nie chcę tam wracać.
– Jest jeszcze jedna rzecz, którą ci chciałbym pokazać – powiedziałem. – Tylko to kawałek drogi stąd. Pojedziemy konno. Jest w okolicy na sprzedaż piękny majątek z winnicami. Przejeżdżałem tamtędy po drodze do Montpellier i zatrzymałem się pod pretekstem napojenia konia. Tak naprawdę chciałem zajrzeć do właściciela. Tego, co mi swego czasu pomagał skubać przepiórki, pamiętasz tę historię? Gui de Frontignan niestety niedawno zmarł, a jego spadkobierca woli siedzieć w Paryżu. Sprzedasz Sleighstone albo przekażesz braciom, a sprzedasz część majątków dla nich przeznaczonych. Kupisz Frontignan. Będę do ciebie przyjeżdżał na degustację wina.
– Żebym się tylko na nowo nie rozpił – roześmiał się Ian.
– Nie ma obawy. W tym klimacie nie sposób – zapewniłem go. – Pojedziemy do Frontignan jutro po śniadaniu.

Przejeżdżaliśmy rankiem przez rynek w Montpellier. Dzień był targowy i ruch był duży. Zwróciłem uwagę na postawną niewiastę w czerwonej sukni. Stała przy straganie z grzybami.
– Jak to są trufle, to ja jestem święta Scholastyka spod Monte Cassino! Albo oczu zapomniałam na półmisku, jak święta Łucja z Syrakuz! To są zwyczajne piestrzenice, nie próbuj mnie nabierać, dupo Jonaszowa – perorowała.

Zsiadłem z konia.
– Dzień dobry, Camille – powiedziałem. – Będzie dziś na kolację polędwica z gęsią wątróbką, prawda?

Upuściła koszyk z zakupami.
– Edgar!!! Przez ciebie zawsze były jakieś jaja! Teraz mi się jaja przez ciebie potłukły.
– Nie przesadzaj, tylko jedno pękło – pomogłem jej doprowadzić do porządku koszyk. Potem ją uściskałem.
– Czyś ty zwariował?! – odsunęła mnie od siebie. – Jesteś w habicie. Obciach na całe miasto, ksiądz ściska się na rynku z madame z zamtuza! Na polędwicę przyjdź, ale po cywilnemu.
– Pozwól, że ci przedstawię mojego przyjaciela – powiedziałem. – Też pochodzi z Anglii i też lubi polędwicę.

Ian ukłonił się szarmancko i pocałował Camille w rękę. Powiedział, że nie wypada mu się wpraszać, ale tyle słyszał o talencie kulinarnym szanownej pani...
– Ależ proszę – odpowiedziała Camille. – Z tej okazji zrobimy sobie wolny wieczór. Żadnych innych gości i żadnych interesów.
– Pomogę ci w kuchni – zaproponowałem. – Mogę upiec szarlotkę.
– Ja do kuchni nie mam zdolności – wtrącił Ian – ale mogę przynajmniej obrać jabłka.
– Ja się zastanawiam – powiedziała Camille – czy tam u was na północy wszyscy arystokraci mają źle w głowie, czy tylko Edgar i jego znajomi. No to czekam wieczorem. Musisz mi opowiedzieć, Edgar, co się z tobą przez te wszystkie lata działo. To już ze dwanaście lat, odkąd wyjechałeś z Montpellier, prawda? Ale dla ciebie czas się zatrzymał. Pan to wygląda jak człowiek – z uznaniem zmierzyła Iana wzrokiem – a na Edgarze habit dalej wisi jak na pogrzebaczu. Jeszcze chudszy jesteś niż kiedyś, Edgar. A z twarzy tylko te oczyska ci zostały. Pewnie przez to włóczenie się po świecie. Czy ty się kiedy ustatkujesz, ty – spojrzała na Iana i zreflektowała się – pogrzebaczu filistyński?
– Już się ustatkowałem – zapewniłem. – Zostaję w Montpellier.

Camille zapomniała o habicie i obciachu i uściskała mnie serdecznie.

– No i jak przyjemnie raz w spokoju zjeść kolację – powiedziała Camille, kiedy mieliśmy zabrać się za szarlotkę. – Ja już nie mam zdrowia i nerwów do tego interesu. To już nie to, Edgar, co wtedy, kiedy byłeś nowicjuszem. Upadek obyczajów i kultury. Chamstwo się szerzy, a czego od dziewczyn wymagają, to przy panu Sleighstone wstyd mi mówić. Jak tylko jednego zboczeńca stąd wygonię i powiem, że to przyzwoity burdel bez świństw, to zaraz się nowy zjawia, i jeszcze gorszy. Na wykidajłów niedługo więcej będę wydawać niż na dziewczyny. Nieraz myślałam, żeby się stąd wynieść i gdzieś otworzyć porządną gospodę. Dobra kuchnia i nic więcej. Ale jakoś trudno by mi było żyć z dala od Montpellier. A tutaj otwierać knajpę to bez sensu. Za długo pracowałam w wiadomej branży. Wszyscy by myśleli, że to tylko nowy lokal.
– A ja bym miał dla pani inną propozycję – odezwał się Ian. – Zdecydowałem się kupić Frontignan. Wpłaciłem zadatek. Edgar nie może mi gotować na pełny etat, bo będzie miał na głowie lazaret w Montpellier. Bardzo bym potrzebował dobrej kucharki i ochmistrzyni. Gdyby mi szanowna pani mogła wyświadczyć ten zaszczyt...
– Skoro pana nie obchodzi, co ludzie pomyślą... Cóż, cudzoziemcom dużo się wybacza. Angielski lord może sobie pozwolić na ekstrawagancję. Zgodzę się pod jednym warunkiem – Camille spojrzała na niego z powagą. – Że nie będzie żadnej szanownej pani. Jestem Camille, i tyle.
– W takim razie proszę też się do mnie zwracać tak, jak do Edgara. Inaczej nie będzie umowy.
– Dupo Jonaszowa mogę mówić do każdego – oświadczyła Camille. – Ale organy filistyńskie są zarezerwowane dla Edgara.

Przerwało nam pukanie do drzwi. Jedna z dziewczyn wywołała Camille do kuchni.

Tak to Ian poznał swoją przyszłą żonę. Właśnie w przybytku uciech w Montpellier. Ale nie była tam zatrudniona. Zdesperowana uciekła z domu. Ojczym – taki skurwysyński oficer straży miejskiej, niestety przyzwoitszym słowem nie mogę go określić – od dłuższego czasu się do niej próbował dobierać. Próbowała się skarżyć matce, ale ta jej nie wierzyła. Żeńskich klasztorów w okolicy nie było. Przyszła do Camille. Powiedziała, że woli pracować jako uczciwa dziwka u uczciwej i dobrej kobiety, niż być w takim obrzydliwym położeniu. Dowiedziałem się o tej historii, kiedy Camille mnie też wywołała do kuchni. Zaciągnęła mnie w kąt przy palenisku.
– Już mówiłam, że jak ty się pojawiasz, Edgar, to zawsze się zaczynają jakieś awantury. Teraz radź. Sam widzisz, że to nie dziewczyna do tej branży. Mogę ją tu przez pewien czas przechować, ale jeśli za długo u mnie będzie mieszkać, to wiesz, jakie będą skutki. Co robić?
– Zróbmy grzane wino – doradziłem. – Z imbirem. Imbir zapobiega przeziębieniom. Yvette przemarzła po drodze. A grzane lepiej pasuje do szarlotki niż zimne. Przy klasztorze przeor właśnie otworzył schronisko dla pielgrzymów. Z rozdziałem płci. Tam ona sobie na początek pomieszka, a potem wszystko się ułoży. Daj jakiś większy garnek, Camille, trzeba się uwinąć z tym grzańcem. Szarlotka najlepsza jest, jak jest jeszcze trochę ciepła. Po co ja ci zresztą oczywiste rzeczy tłumaczę?

Dużo tam do tłumaczenia faktycznie nie było. Ależ z tego Richarda spryciarz, myślałem. Wszystko sobie co do joty wykalkulował.

Przed zaręczynami dałem Ianowi dla Yvette rubinowy pierścień z różą i jednorożcem. Nie powinni się zagubić w świecie, ale zawsze lepiej mieć gwarancję.
– One na początku swojej historii były pierścieniami zaręczynowymi – powiedziałem Ianowi, kiedy miał wątpliwości, czy może mnie pozbawić pamiątki po Richardzie. – My z Richardem poradzimy sobie bez pierścieni.

Na Boże Narodzenie Frontignan miało i nowego właściciela, i nową ochmistrzynię, i nową panią domu. A po winobraniu urodził się spadkobierca. Ochrzciłem go w kaplicy z witrażami Richarda. Richard też był przy chrzcie, ale widziała go wyraźnie tylko Camille. Ian nie był pewien, co widział. Myślał, że to odblask od witraża. Ale Camille odziedziczyła pewne szczególne uzdolnienia po swojej babce.

– To świetna wróżba dla dzieciaka, gdy się przy chrzcinach pojawi dobra dusza z nieba – tłumaczyła mi. – A ten twój przyjaciel z witraża to nie tylko dobry, ale i wesoły. Taki stuknięty jak ty. Niby uroczyście stał przy chrzcielnicy w habicie, ale do mnie puścił oko. Ci twoi znajomi z północy chyba wszyscy mają źle w głowach. 

Witraż z jednorożcem, rozdział 19

Rozumiałem, że chciał być sam.

– Pójdę odmówić brewiarz – powiedziałem. – Siedź sobie, jak długo chcesz. Dziś nikt tu nie będzie odprawiał nabożeństwa. Trafisz do mnie, prawda?

Przyszedł do mnie po jakiejś godzinie. Oczy miał zaczerwienione.

– Mazgaj się ze mnie zrobił od jego śmierci – powiedział. – Ryczę na okrągło. Teraz się popłakałem, bo kiedy patrzyłem na ten środkowy witraż, przypomniał mi się dzień, w którym poznałem Richarda.
– Opowiedz – poprosiłem. – Właściwie nie wiem, jak się poznaliście. Od początku widywałem was razem i miałem wrażenie, że znaliście się od zawsze. Opowiedz. Dobrze będzie trochę o nim posłuchać.
– Ojciec odwoził mnie do Yorku – zaczął Ian. – Miałem jedenaście lat. Wiesz, że parę lat służby na królewskim dworze to w naszym środowisku obowiązkowy element edukacji, jeżeli nie wybiera się kariery duchownej. Bardzo na ten wyjazd czekałem, ale też trochę się go bałem. Takie rzucenie w głęboką wodę. Nie wiem, czy to rozumiesz, bo ty właściwie nigdy nie miałeś normalnego rodzinnego domu. Ale masz wyobraźnię.

– Wyobrażam sobie – przytaknąłem. – W Sleighstone pełne bezpieczeństwo i akceptacja, a tu nagle tak zwany wielki świat, nowi ludzie, nie wiadomo, jak człowieka przyjmą... Ja się nigdy takimi rzeczami nie przejmowałem, bo byłem od urodzenia przyzwyczajony do tego, że jestem na marginesie, albo i poza marginesem. Ale z tobą było inaczej.
– Otóż to. Jechaliśmy do Yorku z ojcem i kilkoma służącymi. Widać już było mury. A na łące pod murami zobaczyłem sylwetkę konia z jeźdźcem. Co ten koń nie wyprawiał! Stawał dęba, skakał pionowo do góry, wierzgał.

„Zaraz się chłopak zwali” – odezwał się ojciec. – „Koń mu się strasznie spłoszył.”
„Trzeba mu pomóc” – krzyknąłem do ojca i pogalopowałem w stronę tej sceny. Była z gatunku mrożących krew w żyłach.

Za parę minut byłem na miejscu. Ale spłoszony koń już się uspokoił. Biegł posłusznie w kółko krótkim galopem, potem przeszedł do kłusa.
„Cześć” – powiedział chłopak w siodle. Trochę był zadyszany, ale absolutnie nie robił wrażenia kogoś, kto przed chwilą cudem uniknął śmierci albo ciężkiego kalectwa. „Przepraszam, że nie zsiadam, żeby się przywitać. Nie powinienem jej tak zaraz po tym galopie zatrzymywać. Muszę wyhamować stopniowo. Jeszcze parę kółek stępa. Richard Northbridge jestem. Z garnizonu w Yorku. A ty przyjechałeś w odwiedziny czy na służbę?”

„Ian Sleighstone” – powiedziałem. – „Na służbę.”
„To fajnie” – uśmiechnął się, jakbym mu zrobił wielką przyjemność. – „Akurat się koło mnie zwolniło łóżko. Jeden chłopak po kolejnym upadku z konia odkrył w sobie powołanie duchowne. Masz ładnego wierzchowca.”
„Ojciec mi go kupił specjalnie na ten wyjazd” – powiedziałem. – „Twój też ładny, ale co go przed chwilą ugryzło? Wyglądało na to, że się zabijesz.”
„To nie mój koń. To garnizonowa klaczka” – powiadomił mnie. – „Jak na pierwszy raz i tak się spokojnie zachowywała. Choćby się człowiek nie wiem jak starał, to koń, który pierwszy raz ma jeźdźca na grzbiecie, zawsze się trochę przestraszy. Ale teraz już dobrze, prawda? Dobry konik” – klepał klaczkę po szyi.

Zatkało mnie. Ja w życiu nie siedziałem na nieujeżdżonym koniu. Od ujeżdżania byli w razie potrzeby starsi stajenni, ale z reguły kupowało się konie dobrze wytrenowane.
„Każą wam samym ujeżdżać konie?!” – spytałem.
„Nie każą, ale niektórym pozwalają” – powiedział. – „Mnie komendant pozwala. Jestem chudy, wiec koń nie reaguje za mocno na ciężar. A ja to lubię.”
„Niebezpiecznie to wygląda”, powiedziałem.
„E tam. Umiem spadać. A dziś nawet nie spadłem. Ojej, to chyba twój ojciec? Już zsiadam.”
Ojciec rzeczywiście zatrzymał konia kilkanaście kroków od nas i przyglądał się nam z uśmiechem. Zawsze wiedział, kiedy się nie wtrącać. Mój nowy znajomy zsiadł z konia i ukłonił się.
„Bardzo przepraszam” – powiedział. – „Nie zauważyłem pana. Nazywam się Richard Northbridge. Służę w Yorku.”
„Northbridge” – powtórzył ojciec z namysłem. – „Syn świętej pamięci Adama? To już dość długo tu jesteś, prawda? Jak ci się tu wiedzie?”
„Tak, proszę pana. Ponad półtora roku. Dobrze, dziękuję. Chociaż” – dodał po chwili – „czasem jest mi trochę smutno, że nie mam prawdziwego domu. Ale staram się o tym nie myśleć. I tak winien jestem wdzięczność Opatrzności Bożej i naszemu władcy.”
Ojciec też zsiadł z konia, podszedł do Richarda i pogładził go po głowie.
„Wygląda na to, że rozsądny z ciebie chłopiec” – powiedział.
„Co to, to nie, proszę pana” – odparł Richard poważnie. – „Nie ma tygodnia, żebym nie usłyszał od przełożonych, że mój brak rozsądku ich do rozpaczy doprowadza. Ja się staram, jak mogę, ale ciągle robię jakieś głupstwa. Już takiego mam pecha.”

Ojciec się roześmiał. Ja też. Rozbrajający był ten Richard.
„Wsiadaj na konia, chłopcze” – powiedział ojciec. – „Opowiesz nam po drodze, jak to jest z tym twoim pechem.”

„Ja już nie będę wsiadał, proszę pana. Klaczka dzis pierwszy raz chodziła pod jeźdźcem. Wystarczy jej na dzisiaj” – pogładził konia po szyi.
„No, no” – ojciec popatrzył na tego chudego kurdupla z niedowierzaniem – „to i my z Ianem pójdziemy pieszo ten ostatni kawałek. Więc w jakie ty wpadasz tarapaty, Richard?”

„Ciągle coś nowego, proszę pana. Na przykład przedwczoraj mieliśmy trenować szermierkę przy opuszczonych przyłbicach. Ja bardzo nie lubię walczyć w hełmie, ale rozkaz to rozkaz. Starałem się, żeby być przygotowany. Naoliwiłem zawiasy przyłbicy, wyczyściłem hełm. Wieczorem trochę poćwiczyłem z cieniem. Trenowałem przerzucanie miecza do lewej ręki i różne inne rzeczy. Trening mieliśmy zaczynać w południe, wiec rano zająłem się tą klaczką. Od paru dni przyzwyczajałem ją do siodła. Oprowadzam klaczkę, a tu widzę, że na łąkę po drugiej stronie drogi idzie oddział w hełmach z opuszczonymi przyłbicami. Przeraziłem się. Pomyślałem, że znowu się zagapiłem i pomyliłem godziny treningu. Uwiązałem konia i pobiegłem po hełm. Nawet się prawie nie spóźniłem. Skrzyżowałem miecz z kimś, kto jeszcze był bez pary i starałem się walczyć jak najlepiej. I udało mi się wygrać dzięki przerzuceniu miecza do lewej ręki. Obaj podnosimy przyłbice, a mój przeciwnik krzyczy: ‘Co ty tu robisz, szczeniaku?’ Bo to był zastępca komendanta. Ja się przez pomyłkę wmieszałem w trening dorosłych, a oni wzięli mnie za sir Adalberta, który jest niewiele wyższy ode mnie... a on poprzedniego dnia skręcił nogę w kostce, więc go na ćwiczeniach nie było. Ja znowuż nie zauważyłem różnicy przez te opuszczone przyłbice, no i wszyscy chłopcy w naszym oddziale są ode mnie wyżsi. Strasznie mi potem głupio było.”

„Wygrałeś z wicekomendantem?” – zapytałem z podziwem.

„Przypadek” – powiedział. – „Sir John nie spodziewał się ataku lewą ręką. Mnie się ciągle zdarzają takie głupie przypadki. Albo zdarzają się przeze mnie. W zeszłym tygodniu lord Thomas Mortimer przyjął przeze mnie ostatnie namaszczenie, i to zupełnie niepotrzebnie.”
„Co?” – roześmiał się ojciec. – „To mi musisz koniecznie opowiedzieć.”
Zapowiadało się ciekawie. Ten lord Mortimer bywał niekiedy u nas w Sleighstone. Lubił wszystkie życiowe przyjemności, a zwłaszcza wino. I był strasznie przesądny. Jak mu kiedyś przy wyjeździe od nas czarny kot przebiegł drogę, to zawrócił do Sleighstone i wyjechał dopiero następnego dnia.
„Było w zeszłym tygodniu wielkie polowanie” – zaczął Richard – „i wyjątkowo dużo gości się zjechało. Brak było dla nich miejsc w komnatach. Kazano nam spać w stajni na stryszku, a w naszych sypialniach zakwaterowano gości. Moje łóżko przypadło lordowi Mortimerowi. Rano, kiedy goście siedzieli przy śniadaniu, wszedłem do sypialni po czystą koszulę. A lord Mortimer leży na łóżku i wzdycha. Zaniepokoiłem się, pytam, czy źle się czuje, czy mogę mu w czymś pomóc. A on prosi, żeby mu sprowadzić księdza. Przestraszyłem się nie na żarty, pobiegłem po ojca Jakuba. Ojciec Jakub przesiedział tam ponad godzinę. Spotkałem go potem na dziedzińcu i pytam, jak z lordem Mortimerem. Bardzo się martwiłem. Spał w moim łóżku, wiec prawie jakby był moim gościem, a tu taka nagła choroba. Ojciec Jakub też był zmartwiony. Powiedział, że nie wie, co o tym myśleć.  Nie może znaleźć objawów żadnej znanej mu choroby, a tymczasem lord Mortimer jest święcie przekonany, że nie dożyje jutra. Wyspowiadał się, przyjął ostatnie namaszczenie, podyktował testament. Nie chciał się nawet dać przenieść do lazaretu, powiedział, że nic mu nie pomoże. Że umrze najpóźniej o dziesiątej wieczorem.
Strasznie mi tego biednego lorda Mortimera było żal. A pod wieczór, kiedy goście wrócili z polowania, to zaczął się bankiet i wyglądało na to, że wszyscy o tym chorym panu Mortimerze zapomnieli. Zebrałem się na odwagę i zapukałem do drzwi. Pozwolił mi wejść. Spytałem, jak się czuje, czy mu czegoś nie potrzeba. Poprosił, żebym się z nim pomodlił. Potem zaczął mi dawać różne dobre rady. Żebym żył po chrześcijańsku, unikał wina i kobiet.”
Ojciec zachichotał.
„Siedziałem przy nim” – opowiadał Richard – „póki się nie rozległ róg na zmianę warty o dziesiątej wieczorem. Lord Mortimer zerwał się z łóżka. ‘Dziesiąta, naprawdę dziesiąta?’ – pyta. Potwierdziłem. A w niego jakby życie na nowo wstąpiło. ‘Więc to była jakaś pomyłka – mówi. – Bankiet się chyba jeszcze nie skończył?’ Ubiera się, prosi, żebym go zaprowadził do sali bankietowej. Ja się ogromnie ucieszyłem, że mu się polepszyło. Wyszedłem z nim na dziedziniec. A ja mam oswojoną sowę. Taka malusieńką, pójdźkę. Znalazłem ją wiosną, bo wypadła z gniazda, i odchowałem. Pokażę ci ją, Ian. Strasznie śmieszny ptaszek. Potrafi głowę wykręcić aż na grzbiet. Kiedy się nauczyła latać, to ją wypuściłem, ale ona co wieczór do mnie przylatuje. Czasem wlatuje przez okno i siada na poręczy łóżka. Zawsze mam dla niej kawałek mięsa. I wtedy też przyleciała i siadła mi na ramieniu. Lord Mortimer się przestraszył.”
Obaj z ojcem ryknęliśmy śmiechem.
„Mówi do mnie tak: – kontynuował Richard – ’Biedne dziecko. Więc to tobie, a nie mnie, śmierć pisana. Spałem w twoim łóżku i przez to sowa się pomyliła. W twoim wieku nie możesz mieć ciężkich grzechów na sumieniu, ale dla pewności poszukamy ojca Jakuba. Co za nieszczęście, taki młody chłopiec.’ Prawie nade mną płacze. Tłumaczy mi, że jak sowa nad kimś w nocy usiądzie, to pewny znak śmierci w ciągu najbliższej doby, a co dopiero, kiedy usiądzie komuś na ramieniu. Ale go przekonałem, że ta zasada nie może dotyczyć oswojonej sowy, bo w takim razie musiałbym nie żyć od pół roku. Uspokoił się i poszedł na bankiet. No i, chwała Bogu, nikt tamtej nocy nie umarł.”
Ojciec poklepał Richarda po ramieniu.
„Masz sporo talentów, Richard” – powiedział. – „Do opowiadania też. Dawno się tak nie uśmiałem. Teraz muszę Iana przedstawić królowi. ”
„Zajmę się końmi” – zaproponował Richard. – „Znajdę im dobre miejsca w stajni. A potem tu na ciebie zaczekam, Ian.”
Nie czułem już ani tremy przed spotkaniem z królem, ani obawy przed Yorkiem. Co za fantastyczny dzień, myślałem. Dopiero co dotarłem na miejsce, a już mam kolegę, który ujeżdża dzikie konie, oswaja sowy, i taki jest sympatyczny.
„Nie rób sobie kłopotu z końmi, Richard” – powiedziałem. – „Zaraz będą tu nasi służący.”
„Koni wolę sam dopilnować” – oświadczył. – „Na razie. Do zobaczenia, panie Sleighstone.”
„Przyjedź do Sleighstone z Ianem na święta” – powiedział ojciec. – „Oczywiście, o ile się zaprzyjaźnicie” – dodał.
„Nie wiem, jak ty uważasz, Richard” – odezwałem się – „ale mnie się wydaje, że już się zaprzyjaźniliśmy. Co ty na to?”
„Pewnie, że tak” – popatrzył na mnie z tym swoim uszczęśliwionym wyrazem twarzy. Wiesz, jakim.
– Wiem – przytaknąłem. Otarłem oczy.

– Od tej pory nie rozstawaliśmy się na dłużej niż na kilka dni, a i to bardzo rzadko – westchnął Ian. – Przez szesnaście lat. Aż do tego okropnego dnia w Kingsport. Czego on dla mnie nie robił. Kiedy zachorowałem na szkarlatynę, siedział przy mnie dniami i nocami. Strasznie ciężko tę chorobę przechodziłem. Wszyscy myśleli, że umrę. Ojciec Jakub postawił na mnie krzyżyk, dał mi ostatnie namaszczenie i zajmował się lżejszymi przypadkami, bo to był rodzaj epidemii i lazaret był pełen. Tylko Richard mnie nie odstępował, mimo wszystkich odrażających objawów. Sam wiesz. Wymioty, biegunka. Richard mnie mył, przebierał, wmuszał jakieś płyny kroplę po kropli. Byłem półprzytomny, ale pamiętam, jak mnie gładził po obolałej szyi.  „Tylko kropelkę – prosił – ja wiem, że cię gardło boli, ale postaraj się, przełknij.” Później się dowiedziałem, że ubłagał komendanta, żeby nie wysyłał do Sleighstone wiadomości o mojej chorobie i pozwolił mu się mną opiekować. Bo moja matka spodziewała się dziecka, i Richie o tym wiedział. Matka miałaby straszny dylemat: czy zająć się mną, czy myśleć o dziecku, które się ma urodzić. Dzięki Richardowi tego uniknęła i James urodził się zdrowy. Ale ja bym umarł, gdyby nie Richard. W gorączce wydawało mi się, że tonę w morzu. Kiedy było najgorzej, to zawsze słyszałem, jak Richard powtarza: „Nie utoniesz. Trzymam cię. Trzymam cię mocno.” Trzymałem się rozpaczliwie jego ręki. Kiedy oprzytomniałem, siedział przy mnie z tą swoją uszczęśliwioną miną, a prawą rękę miał jak po walce z rysiem: podrapaną, posiniaczoną, opuchnietą. Nie mogę się pogodzić z tym, że go nie ma. Połowy duszy mi brakuje, Edgar.