– Przysłano mi to dzisiaj z okręgowego wydziału zdrowia –
zaczął, wskazując na stos druków. Kilka z nich puścił w obieg wokół stołu. – Z
poleceniem, żeby je wypełnić i przesłać do Berlina. To ma dotyczyć wszystkich
pacjentów. Co państwo na to?
– Czemu to ma służyć? – spytał zastępca dyrektora, doktor
Handtke.
– Historia choroby, rokowania, to w porządku – wszedł mu
w słowo doktor Arnold. – Jeżeli chodzi o jakiś projekt naukowy, to można
udostępnić. Ale przecież nie w połączeniu z danymi osobowymi pacjentów i
adresami najbliższych krewnych!
– Zatem mamy taki sam pogląd na tę sprawę. Przez całe
przedpołudnie usiłowałem się dowiedzieć, o co chodzi. Nie będę państwa nudził wszystkimi
szczegółami. Summa summarum,
sprzeczne informacje! Jakiś urzędniczyna mi mówi, że to właśnie, jak kolega Arnold
zasugerował, projekt naukowy. Odpowiedziałem, że w takim razie mogę podać
relewantne informacje, ale bez danych osobowych, wpiszę tylko wiek i płeć
pacjentów. Ten mi na to, że mam wypełnić zgodnie z instrukcją. „Pan ma
instrukcje, a ja mam zasady etyczne!” – wrzasnąłem, bo mnie dureń zdenerwował.
Poprosiłem o połączenie z kierownikiem wydziału. Ten powiada, że nic nie wie,
że dyrektywa z Berlina, że kazali te druki przesłać do wszystkich placówek
leczniczych i opiekuńczych. On to nigdy nic nie wie i trzęsie portkami przed
władzą, jaka by nie była. Tyle, że podał mi bezpośredni numer do tego nowego
wydziału w Berlinie i powiedział, że kieruje nim profesor Nitsche.
– Aaa – odezwał się doktor Handtke.
– Nitsche to wielka
sława, kompetentny fachowiec, chociaż ja się ze wszystkimi jego poglądami nie
zgadzam – kontynuował doktor Mannheimer.
– Zamówiłem międzymiastową do Berlina. Profesor oczywiście na konferencji
rządowej, znów tylko z jakimś urzędniczyną przyszło mi gadać. Ten mówi, że mnie
źle poinformowono, że nie chodzi o projekt naukowy, tylko o kwestie
logistyczne, o odciążenie pewnych placówek medycznych na potrzeby wojska. I że
w związku z tym część pacjentów musi być przeniesiona do innych zakładów, i
dlatego potrzebne są dane osobowe i adresy krewnych. I żeby jak najszybciej
przesłać wypełnione druki, listem poleconym, a oni nam wyślą informację o
terminie transportów pacjentów i listy nazwisk do poszczególnych transportów.
„Proszę natychmiast zastosować się do otrzymanych instrukcji i przesłać
papiery, Herr Doktor!”, mówi! To już mnie szlag jasny trafił. „A skąd ja mogę
mieć pewność, kto mi podaje prawdziwe informacje – pan czy pana kolega z
Królewca?!”, pytam. „Papiery to ja panu mogę przesłać, ale na razie toaletowe,
i to używane. Niczego poza tym ode mnie nie dostaniecie, dopóki nie otrzymam
pisemnego oświadczenia o celu rozsyłania tych druków i o tym, kto do danych o
pacjentach będzie miał dostęp. I to oświadczenie ma być podpisane własnoręcznie
przez profesora Nitsche! A jeżeli rzeczywiście chodzi o czasowe przemieszczenie
pacjentów, to żądam dokładnych informacji o tym, do jakich zakładów którzy
pacjenci mają trafić, żebym mógł sprawdzić, w jakich warunkach się znajdą i
jakie są kompetencje tamtejszych lekarzy. Moi pacjenci to nie są worki z mąką,
żebym miał ich na ślepo wydawać za pokwitowaniem”. No i rzuciłem słuchawką. Zobaczymy,
co z tego wyniknie, ale uważałem za swój obowiązek poinformowanie państwa o
sytuacji.
– W całej rozciągłości zgadzam się z panem dyrektorem –
powiedział doktor Arnold. Siostra przełożona skinęła głową, ja też.
– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale czy pan dyrektor nie
zareagował zbyt emocjonalnie? – odezwał się doktor Handtke. – Jeżeli te druki
przysłano z inicjatywy profesora Nitsche, to przecież można mieć do tego
projektu zaufanie, Nitsche to międzynarodowy autorytet...
– Przecież pan dyrektor nie podważa autorytetu profesora
Nitsche – odważyłam się odezwać. – Chodzi o tę dezinformację! Jeżeli otrzymamy
list od profesora wyjaśniający cel tych ankiet, to będzie podstawa do dalszej
dyskusji...
Zza drzwi rozległo się nagle frenetyczne szczekanie Zuzi.
– Cholera jasna z tym psem! – zaklął dyrektor.
Wśród rozwścieczonego szczekania zabrzmiało pukanie do
drzwi. Dyrektor Mannheimer skinął głową.
Doktor Arnold siedział najbliżej drzwi, więc je otworzył
i zamarł w zdumieniu.
Na progu stało dwóch mężczyzn w skórzanych płaszczach.
– Do dyrektora – powiedział jeden z nich. – Rozmowa na
osobności.
Uchylił klapy płaszcza, a jego towarzysz kopnął
rozszczekaną Zuzię.
***
Jeden z tych dwóch typów – nie wiem, który – wszedł mniej
więcej po kwadransie do dyżurki.
– Pan dyrektor niedobrze się poczuł – powiedział. – Chyba
nitrogliceryna będzie potrzebna.
***
Atak serca na szczęście nie był szczególnie poważny, tak
przynajmniej twierdzili obaj młodsi lekarze.
– Dziwne, że to ten tajniak po nas przyszedł, a Zuzia nie
przybiegła, kiedy pan dyrektor zasłabł – powiedziała siostra przełożona, kiedy
doktor Mannheimer był już poza bezpośrednim niebezpieczeństwem.
– Przestraszyła się, bo ją ten brutal kopnął –
stwierdziłam. Wyjrzałam przez okno.
Zuzia leżała na ścieżce. Kosmatą białą główkę z czarnym
uchem otaczała ciemna kałuża. Obok klęczał pan Meyer. Pochylił się, ucałował
pyszczek psa i upadł w drgawkach na żwir.
***
– Weź się w garść, Hans – przerwał panującą w salonie ponurą
ciszę major Maibach. – Zygmunt niedługo do ciebie napisze.
Kapitan Krause odpowiedział dwoma brzęknięciami dzwonka.
– Nie bądź takim pesymistą – pocieszał go major. –
Przecież wiesz, średni czas trwania takiej wojny to cztery-pięć lat. Rok już
zaliczyliśmy. Uzbrój się w cierpliwość, trzy-cztery lata w najgorszym razie
trzeba przeczekać, potem wszystko wróci do normy. Znów będziemy razem i będziecie
z Zygmuntem grać na pianinie, a nam
wszystkim na nerwach.
Kapitan Krause ponownie zaprzeczył. Bardzo gwałtownie.
– Panie kapitanie, panu chodzi o to, że pan Zygmunt nie
będzie pisał, bo wie, że wtedy te listy ktoś by panu musiał czytać? A to by
było niedyskretne i niemiłe, prawda? – spróbowałam załagodzić sytuację. Kapitan
Krause nie odpowiedział.
– Już późno – dodałam. – Może pójdziemy spać? Może panom
dać coś na sen?
Kapitan zaprotestował.
– Chcesz pobyć sam, Hans? To cię zostawimy w spokoju, ale
w razie czego zadzwoń – major chyba lepiej ode mnie rozumiał męską psychikę, bo
kapitan zgodził się z wyraźną wdzięcznością. Oboje z majorem wyszliśmy z
salonu.
– Przejdziemy się trochę, panno Ewo? – spytał major. On
nigdy nie mówił do mnie „siostro”. Na kobiecej psychice też się znał...
Szliśmy powoli przez opustoszały park. Prawie wszystkie
okna pałacu były ciemne. Światło widać było tylko w oknie salonu. W zakładzie
pozostawiano tylko majora Maibacha, kapitana Krause i jeszcze trzech innych weteranów
wojennych.
– Pocieszył mnie pan tym, co pan powiedział, panie
majorze – przerwałam ciszę. – Trzy lata, może tylko dwa... i wszystko będzie
tak, jak kiedyś. Rząd też na pewno się zmieni, tak jak po tamtej wojnie. Trzeba
uzbroić się w cierpliwość, tak, jak pan mówił.
– Wie pani – odezwał się major po długiej pauzie – ja nie
lubię kłamać, w ogóle nie znoszę kłamstw. Zna pani to powiedzenie. „Saper myli
się tylko raz?” Wśród moich podwładnych krążyła taka trawestacja: ”Majora
Maibacha próbuje się okłamać tylko raz”.
– Dziś mimo
wszystko próbowałem okłamać Hansa – mówił dalej. – I tak mi nie uwierzył. Pani też
jest za inteligentna, żeby w dalszym ciągu chować głowę w piasek. Niech mi pani
nie próbuje mówić, że niczego pani nie zrozumiała, kiedy Mannheimer przeszedł
na rentę, a nam na jego miejsce przysłali tego..., przepraszam za wyrażenie,
ale jest adekwatne, tego sukinsyna z berlińskiej centrali. Nie neurologa, nie
neurochirurga, tylko szczeniaka bez doktoratu, za to z odznaką partyjną. Pani
może się zastanawia, skąd ja wiem, że on nie ma doktoratu? Niech pani lepiej
zaufa byłemu oficerowi wywiadu. A teraz pani się dziwi, że oficer wywiadu nie
znosi kłamstw? To tylko pozorna sprzeczność.
– Przecież tu ma być szpital wojskowy, ogólny, więc
neurolog jako dyrektor nie jest konieczny – zaczęłam. Tak bardzo chciałam
wierzyć, że wszystko jednak jest w porządku...
– Aha... Ale czemu nowy pan „dyrektor” – głos majora aż
ociekał sarkazmem – nie skorzystał z pomocy naszych neurologów przy wypełnianiu
tych ankiet? Dlaczego nie słuchał Handtkego i Arnolda, kiedy mu tłumaczyli, że,
na przykład, Felka nie należy nigdzie przewozić, bo przecież wpada w panikę,
kiedy mu położyć kartofle po lewej stronie talerza, a nie po prawej, a jak
zobaczy nową twarz, choćby nową sprzątaczkę, to przez pół godziny kręci się w
kółko? Ja, panno Ewo, dowiedziałem się o przebiegu tej narady od Arnolda i
poszedłem do tego szczeniaka „dyrektora”. Proponowałem, żeby to mnie przewieźli
do innego zakładu zamiast Felka, skoro chodzi tylko o liczbę łóżek. Guzik
wskórałem! To wyraźny znak, że ta cała historia jest bardzo mocno podejrzana. Ech...
sama pani do mnie dziś powiedziała, że to był „sądny dzień”! Ale co można było zrobić? Zorganizować bunt
paralityków?!
Major miał słuszność. To był sądny dzień. Nowy dyrektor
kazał wszystkim przeznaczonym do transportu pacjentom podać środki
uspokajające, ale zaordynował je rzeczywiście bez ładu i składu, więc w kilku
przypadkach pozwoliłyśmy sobie z siostrą przełożoną na niesubordynację. Pacjenci
jednak spokojnie szli do autobusu o oknach zamalowanych białą farbą. Tych
najciężej chorych pielęgniarze wnieśli na noszach. Foteli na kółkach nie
pozwolono nam zapakować; odpowiedzialni za transport pielęgniarze twierdzili, że
brak na nie miejsca i że zakład docelowy jest wystarczająco dobrze wyposażony.
I niby to wszystko odbywało się w sposób niedramatyczny,
ale nagle mała Iza, uosobienie łagodności, wyrwała się pielęgniarzom, rzuciła
się pod nogi mnie i pani Auerstein.
Nazwiska pani Auerstein nie było na liście. Miał po nią
przyjechać mąż, chociaż od lat jej nie odwiedzał. On był jedyną osobą, która
zareagowała na list. Bo po nocach, w tajemnicy przed dyrektorem, pisałyśmy z
siostrą przełożoną listy do krewnych pacjentów; wyrażałyśmy wątpliwość, czy
znajdą właściwą opiekę w zakładach, do których mają być przeniesieni,
prosiłyśmy o kontakt... Nikt poza mężem pani Auerstein się nie zgłosił, nawet
matka małej Izy...
– Hier bleiben!!! Hier,
bei Frau Alicja bleiben! Bei Schwesta! Bei Schwestewa!!! [1]–
ryczała Iza.
– Schwestewa!!!
Schwestewa!!! – Kristianek najwyraźniej się obudził i zaczął powodować chaos
w autobusie z zamalowanymi szybami.
Pielęgniarze zaaplikowali Kristiankowi i Izie dodatkowe uspokajające
zastrzyki.
Silnik autobusu ponuro zawarczał. Zamalowane szyby sprawiły,
że nie można było nawet pomachać pacjentom na pożegnanie – tym, którzy nie
spali...
Warkot silnika zagłuszyła nagle kaskada dźwięków pianina.
Trudno to było nazwać melodią. Wzdrygnęłam się i zajrzałam przez okno do
salonu. Kapitan Krause rozpaczliwie tłukł w klawisze swoją zdrową ręką.
Dźwięki, które wydobywał z instrumentu, coraz bardziej mroziły mi krew w
żyłach...
***
Kapitan Krause spał w fotelu, kiedy po powrocie z
przechadzki zajrzeliśmy z majorem Maibachem do salonu. Tak mi się w pierwszej
chwili wydawało. Dopiero po chwili zauważyłam, że jego koszula była
przesiąknięta krwią. W gardle tkwił nóż do rozcinania papieru.
Tego wieczoru sama zaaplikowałam sobie zastrzyk morfiny.
[1] Tu zostać!!! Tu, u pani Alicji zostać! U
siostry! U siostry Ewy!!! (niem. z błędami gramatycznymi i błędami wymowy).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz